niedziela, 06 maja 2012
Na okoliczność pospolitego ruszenia pt. "długi weekend" (jak zwał tak zwał te 9 dni)zdarzyło mi się zwiedzać okolice Drezna. Z Wiki:
Saska Szwajcaria, Szwajcaria Saksońska (niem. Sächsische Schweiz) - pasmo górskie w Czechach i wschodnich Niemczech (Saksonia) w sąsiedztwie doliny rzeki Łaba. Stanowi część Średniogórza Niemieckiego. Wzniesienia w paśmie nie przekraczają 1000 m n.p.m. Największe miasto w pobliżu to Drezno.
No właśnie: wzniesienia. Czyli piachy.
wtorek, 17 kwietnia 2012
Chorro - ogólne wrażenia Do Chorro wjeżdza się krętą drogą od strony Alory, wijacą się po wzgórzach, na których rosną drzewka pomarańczowe i cytrynowe. Trzeba przejechać przez tamę i tu kończy się dobra droga. Dalej mijamy knajpę, kultową, bo siedzą w niej lokalni wspinacze z dredami i jointami, jest "Gorge Clooney" w ciemnych okularach, który podaje się za "Roberta de Niro", jest kawałek panela z nakręconymi chwytami i piwo Alhambra, z jedzenia podają coś podobnego do pizzy, prosto z pieca..... no i piłkarzyki, mocno zdemolowane przez czas, ołowiane, kalekie, bo bez rąk i nóg. Jeden mecz za 1EU. Knajpa leży tuż nad zalewem, po drugiej stronie, na wzgórzu widoczna wieża elektrowni, charakterystyczny punkt Chorro. Elektrownia hałasuje, jest to mruczenie, które z czasem staje się słyszalne. Po prawej stronie wąwóz Los Gaitanes, w który wciska się Guadalhorce i Caminito del Rey. Powyżej knajpy stacja kolejki z babcią Kepasa, która pomimo podejrzeń Piotra K. ciągle żyje (coś tam piliśmy z lokalnych przysmaków, pamiętacie co to było? słodkie i mocne), dalej La Garganta, najbardziej wypasiona knajpa w wiosce, ceny mocno zawyżone, i sopa de cebolla, która zdaje się, że z roku na rok traci swe walory smakowe. Jest kawa, całkiem dobra na poranki, które wypadają w okolicy południa (pamiętacie, że mamy dług w La Gargancie?). Nad Chorro piętrzy się potężne Frontales, z charakterystyczną jamą w sektorze Poema de Roca. Ostatnia chata przed parkingiem pod Frontales należy do "buddysty", Dreciarza, który oprócz całkiem niezłego jedzenia (zupa z soczewicy) oferuje masaże (tych jego umiejętności nie sprawdziliśmy). Usiąść można na zewnątrz, są trzy stoliki i "zaplecze" za "kotarą" z białym konikiem bez biegunów, Sanepid tu nie wpada z wizytami, na deser pomarańcze, które nie są tak idealnie okrągłe i pomarańczowe jak "nasze krajowe", ale za to bardziej soczyste i słodkie.
Finca la Campagna Tu muszę napisać, że Michał bardzo dobrze nam doradził z Fincą. Pięknie miejsce, położone niedaleko sektoru Encantadas, na wzgórzu wznoszącym się ponad Chorro, z widokiem na plantację oliwek, posiadłość zbudowaną na czubku "góry" z bramą strzeżoną przez kamienne orły, z drzewkami oliwkowymi równo posadzonymi wokół na zboczach, dalej widoczne zamglone góry (zamglone, bo dni całkiem słonecznych wypadło raptem 3 w ciągu prawie tych dwóch tygodni). W porównaniu do campu Albergue miejsce przestronne i jasne. Domek El Gato ma 8 miejsc, a ponieważ byliśmy w 4, to czuliśmy się tam prawdziwie po królewsku, bo był jeszcze basen, z czystą i zimną wodą (nie skorzystaliśmy, słońce andaluzyjskie nic nie ogrzało, ani nas ani wody w basenie), "kancelaria" pod nie całkiem gołym niebem ze stolikiem krzesłami i leżakami, patio, kuchnia, bardzo dobrze wyposazona, zaczynając od korkociągów (skorzystaliśmy) kończąc na tym co pozostawili poprzednicy, łazienka, dwie sypialnie i Wi-Fi. Z wyposażenia dodatkowego był kominek, próbowaliśmy coś tam w nim rozpalić, ale drugiego dnia Piotr K. uszkodził siekierę w sposób uniemożliwiający jej dalsze używanie, potem była jeszcze jedna próba uruchomienia kominka, której efektem była tylko zadymiona kuchnia. Pościel i ręczniki w cenie domku, sprzątanie i "obsługa" instalacji gazowej we własnym zakresie. Część gazu z butli uciekała do "ogródka", ale Hiszpanie, jak to wiadomo Hiszpanie, takimi drobiazgami nie za bardzo się przejmują. Tak więc gaz uciekał, a my założyliśmy, że w powietrze nie wylecimy. Z ruchomego wyposażenia - kot trójbarwny, raczej nieufny i ptak wielkości wróbla, tylko bardziej kolorowy, który każdego świtu zaczynał jazgotać i miał na myśli zaloty jak sądzę, skuteczne, bo po godzinie odzywało się już całe stado. Ptaszysko upodobało sobie kratę za oknem, więc spać od godziny 7 za bardzo się nie dało, pomimo tego, że Piotr L. w akcie desperacji dokonał kilku prób nastraszenia.
Konsumpcja Jedzeniem w Andaluzji nie ma sensu się zachwycać. Największy, najtańszy i najbardziej tuczący obiad zjedliśmy u Chińczyków w Alorze. Z tego co zjedliśmy w Chorro pochwalić możemy jedzenie u buddysty, w La Gargancie spróbowałam krewetek, były mało delikatne, raczej "łykowate", wspomniana sopa de cebolla stracona w smaku (bez smaku). W Maladze jedliśmy paellę, była brejowata, ta którą ugotowali pewnego wieczoru w Fince na dwóch wielkich patelniach była zdecydowanie lepsza, ale też nie zwalała z nóg. Raz nabraliśmy się na tapasy, to było w Antequerze, była sjesta a my wygłodniali szwendaliśmy się po zamarłym miasteczku, tapasy tylko rozdrażniły nasze żołądki i opróżniły kieszenie. Pocieszaliśmy się naszą kuchnią EL Gato, lodówka zaopatrzona była po ostatnią półkę, robiliśmy pasty z awokado, spaghetti, i pyszne sałatki (tu mistrzem był Piotr K.), do tego suszone figi i daktyle. Wina. Te polecić mogę w każdej ilości i cenie (od 1.5 EU do 10EU, bo takie wypróbowaliśmy), w Maladze piliśmy Sangrię, lekką, owocową, dobrą na upały, których nie doświadczyliśmy.
Transport Lot z Wrocławia do Malagi trwał nieco ponad trzy godziny. Na miejscu pożyczylismy auto (Jacek zabukował już wcześniej przez internet), było to Berlingo, nowy model, bardzo dobry dla 5 osób :) i świetny na takie wakacje. Auto odebraliśmy na lotnisku i przed wylotem oddaliśmy. Finca połozona jest dosyć daleko od Frontales, więc bez samochodu byłby problem z dostaniem się do sektorów. Do tego samochód przydał się na wyjazdy po zakupy i jazdę po Andaluzji. Wspinanie Plany mieliśmy ambitne. Skończyło się na wspinaniu na Frontales, chociaż początkowo chcieliśmy dotrzeć chociażby na Makinodromo i spróbować dróg w sektorach położonych w wąwozie. W samym Chorro sektorów jest tyle, że gdyby i przez dwa miesiące tam siedzieć to byłoby co robić. A mając samochód to w ogóle można było się rozbijać po okolicy. Czasu nam nieco ukradła pogoda, przez pierwsze dwa dni było słonecznie, potem wietrznie, na końcu już mocno deszczowo i kontuzja Piotra L., który przez trzy dni w ogóle się nie wspinał oraz Hiszpańska Inkwizycja, której jak wiadomo „nikt się nie spodziewa” (i kto pamięta jeszcze Monty Pythona?) . Zaczęliśmy od Castrojo, potem była Momia, Poema de Roca i Suizo. Jacek i Piotr L. w ostatnim dniu wyrwali się na dwie godziny na Encantady, położone najbliżej Finki. Gdzieś tam po drodze wdepnęliśmy jeszcze do Austrii, gdzie na jakiejś piątkowej drodze poleciałam razem z kawałkiem skały oraz na Albercones. Kręciliśmy się wokół dróg o wycenach 6a – 6c, chociaż zdarzały się i takie 7 (zdarzały się bardziej Piotrowi L., także po kontuzji i trochę Jackowi). Wyceny dróg są uczciwe (polecam tu bardzo przewodnik Marka Glaistera, linki podam na końcu), chociaż są też zaskakujące 5+ (coś jak parszywa Rynna w Sokolikach , która jest „tylko” VI+) . Na jedną taką 5+ trafiłam w Poemie, a potem Jacek i Piotr wykorzystali mailona wycofując się z kolejnej takiej „ładnej” piątki na Encantadach. Wspinanie jest bardzo różnorodne, od dróg z poziomymi ryskami (Albercones) po drogi z formacjami naciekowymi czyli „kaloryfery” (Poema, Momia), występuja rysy, zacięcia, połogie płyty, skała jest miejscami wyślizgana a miejscami porowata, i to taka, że palce zdarte mieliśmy do bólu. Długości dróg wahają się między 20m a 35m. Musiałam się przyzwyczaić i do ekspozycji i do tego, że trzeba wysoko podchodzić do pierwszych wpinek, często wcale nie „po schodach” , jak również i do dużych odległości pomiędzy przelotami (3-4m) Podejścia do sektorów są uciążliwe (szczególnie pod Poemę), dlatego lepiej zabrać ze sobą buty z solidnymi podeszwami, tak żeby się nie ślizgać po kamieniach i żwirze na wąskich ścieżkach. Pod Poemą mieliśmy okazję podziwiać mistrza bez jednej ręki, miał kikut do połowy przedramienia i wspinał się na drodze 7a (słynna droga Poema de Roca).
Caminito del Rey czyli obecnie nieoficjalnie czynna ścieżka, zawieszona w połowie ścian wąwozu Gaitanes osiągających 100m wysokości. Przeszłam ją z Jackiem, w jeden z tych niepewnych deszczowych dni. Niestety nie przeszliśmy drugiej części, która zaczyna się za rozległą doliną, (przechodząc przez dolinę można dotrzeć m.in. na Makinodromo). Ścieżka robi duże wrażenie, szczególnie podczas pierwszego przejścia, jest w zasadzie na całej długości ubezpieczona stalowymi poręczówkami, więc potrzebna jest lonża. Do przejścia drugiej części oprócz lonży przydaje się również lina. Duża ekspozycja, przejścia po stalowych wysięgnikach (w miejscach gdzie zniszczona jest betonowa ścieżka) i niesamowite widoki na pionowe urwiska, tunele i płynącą w dole rzekę Guadalhorce to wystarczy żeby przeżyć coś zupełnie niespotykanego i zaskakującego. Również dolina jest miejscem dzikim i warto ją przejść w całości. Ja niestety zobaczyłam tylko jej niewielki kawałek.
A poza tym - Andaluzja Białe miasteczka, ulokowane na wzgórzach, z krętymi uliczkami, w które ledwo wcisnąć się może samochód i krajobrazy z drzewkami oliwkowymi, pomarańczowyni i cytrynowymi. Po deszczu ten krajobraz staje się zielony i soczystym, gdy nie pada ziemia robi się bardziej surowa. Byliśmy kilka razy w Maladze, raz po to żeby Piotra wyrwać z rąk Hiszpańskiej Inkwizycji ;) Trafiliśmy na Wielki Tydzień, a to czas parad, które bardziej przypominają zgromadzenia Ku Klux Klanu niż katolickie procesje. Zamknięte miasto dla ruchu motoryzacyjnego, tłumy ludzi, wszędzie poustawiane trybuny i rzędy krzeseł ciągnące się wzdłuż głównych ulic, atrakcje kóre chwilami mogą być uciążliwe dla kogoś kto wpada w to wszystko niespodziewanie. Z białych miasteczek widzieliśmy Alorę i Antequerę. I znów coś co powinniśmy byli zobaczyć a nie zobaczyliśmy (nie było możliwości żeby zarezerwować bilety, po prostu jak chcieliśmy je zarezerwować to już ich nie było) - Alhambra, zabytek arabskiego budownictwa w Granadzie. Linki i oto kilka powodów dla których trzeba wrócić do Cho: 1) sprawdzić czy sopa de cebolla nadal traci na swoich walorach smakowych 2) przejść całe Caminito del Rey 3) zrobić co najmniej jedną z wielowyciągówek 4) wypić kolejne butelki wina 5) wykąpać się w basenie 6) ............. 7) .............
sobota, 31 marca 2012
poniedziałek, 26 marca 2012
W końcu udało się zebrać i pojechać w Taterki nasze pikne. Cel (jak się później okazało ambitny) ustaliliśmy przed wyjazdem - przejść grań Miedzianych szczytów, albo od Szpiglasowej przełęczy, albo od Opalonego wierchu. No więc...
sobota, 24 marca 2012
poza wspinaniem tu i ówdzie mamy jeszcze możliwości startowania lub kibicowania, w niedzielnych zmaganiach bierze bowiem sporo naszych znajomych: http://www.zerwa.pl/zawody/14,Otwarte_Mistrzostwa_Wroclawie__W_PROWADZENIU.html, http://www.polmaratonslezanski.pl/ POWODZENIA, TRZYMAMY KCIUKI!
piątek, 16 marca 2012
coś mi się zdaje, że akuratny z nas duet: Ty posiadasz dobrą technikę, a ja dobre reverso. http://wspinanie.pl/serwis/201004/21bhp-amc-karabinki-tasmy.php
piątek, 09 marca 2012
udało się chłopakom :))) GI zdobyty po raz pierwszy zimą przez Polaków info więcej informacji w rp tylko małe sprostowanie - na zimowe wejście oprócz K2 i Broad Peak czeka jeszcze Nanga Parbat. W każdym razie miło popatrzeć na ostatnią kolumnę w tej tabelce link :)))) natomiast nie ma wieści od drugiego zespołu, który planował atak szczytowy w tym samym dniu co Polacy info relacja z ataku szczytowego
niedziela, 26 lutego 2012
poniedziałek, 06 lutego 2012
niestety sprawy przybrały zły obrót - dziś zmarł w obozie Witalij Gorelik, podjęto decyzję o przerwaniu ekspedycji info |
Archiwum
Zakładki:
Albumy
Linki
Menu
Pogoda dla wspinaczy
Wyprawy, wspiny
|